obozy rowerowe - tonery -
- Kurik ma rację. Konie mają już niewiele sił.
- Tak, to prawda.
Wtem ze zbocza pobliskiego wzgórza zjechali Kurik i Berit w pełnym galopie.
- Gotuj się! - zawołał Kurik, wyciągając swą straszliwą broń, kolczastą kulę na łańcuchu i drągu. - Mamy towarzystwo!
- Sephrenio. schowaj się z Flecikiem za tamtymi głazami! - krzyknął Sparhawk. - Talenie, zabierz juczne konie! - Obnażył miecz i wysunął się na czoło, nim pozostali zdołali sięgnąć po swoją broń.
Napastników było około pięćdziesięciu. Pojawili się na szczycie wzgórza i popędzili w dół. Stanowili dziwaczny oddział - gwardziści w czerwonych mundurach jechali wraz ze
Styrikami odzianymi w zgrzebne tuniki i kilkoma wieśniakami. Wszyscy mieli pobladłe twarze i nieobecne spojrzenia. Atakowali bez chwili obozy rowerowe wahania, chociaż stawiali czoło ciężko uzbrojonym Rycerzom Kościoła.
Drużyna Sparhawka rozdzieliła się, szykując do przyjęcia ataku.
- Za Boga i Kościół! - zawołał Bevier, wywijając halabardą. Spiął konia ostrogami i wpadł prosto w środek atakujących. Sparhawka zaskoczył nagły manewr młodego cyrinity, ale szybko otrząsnął się i pośpieszył mu z pomocą. Okazało się jednak, że Bevierowi wsparcie nie jest potrzebne. Tarczą odparowywał ciosy niezdarnie wyciąganych przez napastników mieczy, a jego halabarda śmigała w powietrzu zatapiając się głęboko w
ciałach wrogów. Chociaż zadawał im straszliwe rany, spadali z siodeł bez krzyku. Walczyli i umierali nie wydając najmniejszego głosu. Sparhawk jechał za Bevierem, ścinając każdego, kto próbował zaatakować cyrinitę od tyłu. Prawie przepołowił mieczem gwardzistę, ale człowiek w tonery czerwonym mundurze nawet nie jęknął. Następny uniósł miecz, aby ugodzić Beviera w plecy, lecz Sparhawk z zamachem ciął go w głowę. Gwardzista spadł z siodła i legł w drgawkach na zbroczonej krwią trawie.
Kalten i Tynian oskrzydlili napastników i przedzierali się do środka, tnąc na prawo i lewo, a Ulath, Kurik i Berit przechwytywali nielicznych ocalałych, którzy
próbowali uciec.
Wkrótce ziemia pokryła się ciałami w czerwonych mundurach i zakrwawionych białych, styrickich tunikach. Konie bez jeźdźców uciekały z miejsca potyczki, rżąc w panice. Zazwyczaj w takiej sytuacji, gdy napastnicy widzieli, co przytrafiło się ich kompanom, uciekali bez chwili wahania. Jednakże ci ludzie o martwych twarzach bez wyrazu wciąż atakowali. Obrońcy musieli wybić ich do nogi.
- Sparhawku! kolonie dla dzieci - zawołała Sephrenia. - Spójrz!
Czarodziejka wskazywała na szczyt wzgórza, z którego nastąpił atak. Stał tam koń niosący na grzbiecie wysoką, wychudzoną postać w czarnej szacie z kapturem, spod którego emanowała zielonkawa poświata.
- To coś zaczyna
mnie już denerwować - powiedział Kalten. - Jeśli chcesz pozbyć się owada, najlepiej go rozdepcz. - Uniósł tarczę i spiął rumaka ostrogami. Ruszył galopem wygrażając uniesionym wysoko mieczem.
- Nie! Kaltenie! - krzyknęła Sephrenia głosem pełnym trwogi.
Jasnowłosy rycerz nie zwracał uwagi na jej ostrzeżenie. Sparhawk zaklął i pognał za przyjacielem.
Postać na szczycie wzgórza wykonała drobny, niemal wzgardliwy gest. Nagle Kalten został wyrzucony z siodła przez jakąś niewidzialną siłę. Sparhawk zauważył z odrazą, że to, co wyłoniło się spod czarnej obozy szaty, nie było ręką, a bardziej przypominało swoim wyglądem kleszcze skorpiona.
Sparhawk niczym zauroczony nie mógł oderwać
oczu od dziwnej postaci, nawet wtedy, gdy zeskoczył z Farana i śpieszył z pomocą Kaltenowi. Jakimś sposobem Flecik umknęła spod czujnego oka Sephrenii i stanęła u podnóża wzniesienia. Tupnęła władczo ubrudzoną trawą stópką. Do ust przyłożyła fujarkę. Melodia, którą z niej dobyła, była surowa i pełna dysonansów; wydawało się, że towarzyszy jej olbrzymi chór ludzkich głosów. Zakapturzona postać na szczycie wzgórza zachwiała się w siodle, jakby ugodzona potężnym ciosem. Melodia małej Flecik stawała się coraz głośniejsza, a niewidzialny chór śpiewał w potężnym crescendo. Dźwięk był tak donośny, że Sparhawk musiał zasłonić uszy. Pieśń osiągnęła poziom
kolonie dla dzieci - obozy -
|